Najnowszy wpis

Legioniści rzymscy w Bieszczadach

                       Pasją i sposobem na życie mojego syna  Łukasza, jest rekonstrukcja historyczna. Szczególnie interesuje go kultura Grecji i Rzymu z czasów starożytnych. Chcąc nie chcąc, ja też od kilkunastu lat jestem uwikłana w te tematy.  Wczesną wiosną, konkretnie 7 kwietnia 2018 r., kiedy na szlakach górskich leżał jeszcze śnieg, legioniści ze Stowarzyszenia Hellas et Roma z Lublina wybrali się na wyprawę w Bieszczady, aby przetestować swoje buty, ekwipunek i przede wszystkim swoje możliwości. Pomimo trudnych warunków, obuwie które ręcznie na indywidualne zamówienia szyje Fabrica Cacti zdało egzamin, bukłaki też się sprawdziły, a i  z kondycją legionistów nie  było źle. ,,Życie z przytupem” nie mogło przegapić takiej niecodziennej okazji i towarzyszyło wędrowcom na szlaku. Oto fotorelacja z wyprawy legionistów na Połoninę Wetlińską.

Polana-wieś w Bieszczadach

          Polana to jedna z najstarszych wsi bieszczadzkich, powstała w połowie XV wieku za czasów panowania Kazimierza Jagielończyka. Położona jest w gminie Czarna, u podnóża Otrytu, w dolinie potoków Czarny i Głuchy. W miejscowości tej znajduje się  Cerkiew św. Mikołaja – zabytek Szlaku Architektury Drewnianej.Jest to najprawdopodobniej najstarsza cerkiew w polskich Bieszczadach. Została wzniesiona w XVI lub XVII wieku jako rzymskokatolicka kaplica dworska. Zmieniali się właściciele tej budowli i jej przeznaczenie. Był czas, że służyła  jako magazyn na zboże. Od roku 1969 użytkowana była przez kościół rzymskokatolicki. W 1982 r. w Polanie reaktywowano rzymskokatolicką Parafię Przemienienia Pańskiego i w 1998 roku rozpoczęto budowę nowej świątyni parafialnej. Do tego czasu, jako świątynię wykorzystywano wspomnianą cerkiew.  W niewielkiej odległości od cerkwi usytuowana jest drewniana dzwonnica, a wokół cerkwi zachowało się kilkanaście dawnych nagrobków. We wsi znajduje się wiele starych, potężnych lip, które z całą pewnością zasługują na miano zabytków przyrody. Warto odwiedzić tą wioskę, bo oprócz wspomnianych budowli,  piękne są też pejzaże, a powietrze i woda czyste, o czym świadczy bujna roślinność i liczne żeremia na rzece.

Moja przygoda z kulturą lasowiacką

                Kiedy w 1985 roku, los rzucił mnie do miejscowości położonej  koło Tarnobrzega, nie wiedziałam nic o dawnej kulturze ludzi tam zamieszkujących. Ale już wkrótce nadarzyła się okazja, by poznać kulturę regionalną . Właśnie kończyłam Studia Podyplomowe na Wydziale Artystycznym na UMCS w Lublinie.  Na zaliczenie semestru dostałam temat pracy, który brzmiał ,,Napisz monografię twórcy ludowego z terenu swojego regionu”. Okazało się, że mieszkańcy Cygan, gdzie wówczas mieszkałam, nie mieli świadomości przynależności do regionu kulturowego i nie potrafili sprecyzować jak nazywa się region przez nich zamieszkiwany. Większość twierdziła, że to region rzeszowski. Kiedy pytałam o twórców, mówili, że takich u nich nie ma. Udałam się, więc do Tarnobrzeskiego Domu Kultury, gdzie poznałam artystę, rysownika pana Tomasza Staszewskiego, który umówił mnie z panią Marią Kozłową, wszechstronnie uzdolnioną artystką ludową, wielką miłośniczką i znawczynią kultury lasowiackiej. Tak rozpoczęła się moja przygoda z regionalizmem. Pani Maria Kozłowa była osobą z sercem na dłoni, dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo to ona wypromowała motyw serca lasowiackiego, a w przenośni dlatego, że była niezwykle życzliwą osobą i chętnie dzieliła się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi. Przekazała mi cały swój dorobek. Nauczyła mnie piosenek, przerysowała mi wzory haftów, pokazała jak wykonywać wycinanki i różne kwiaty z bibuły. Przez kilka lat odwiedzałam panią  Kozłową. Całymi godzinami opowiadała mi o dawnych zwyczajach i obrzędach. Zafascynowana kulturą Lasowiaków, zaczęłam gromadzić materiały. Sama rozpoczęłam badania terenowe. Pracowałam wtedy w szkole w Cyganach. Na lekcjach nawiązywałam do miejscowych zwyczajów i obrzędów. Uczniowie spisywali piosenki od swoich dziadków, zapraszaliśmy na lekcje osoby zajmujące się wykonywaniem kwiatów z bibuły, rzeźbieniem. Okazało się, że wśród mieszkańców Cygan jest całkiem sporo twórców, tylko dotychczas nie nazywano ich artystami. Za namową mojej mistrzyni -Marii Kozłowej, w roku 1997 założyłam Zespół Cyganianki dla dorosłych, a wkrótce Dziecięcy Zespół Regionalny Rutka.  Cały czas zgłębiam kulturę Lasowiaków, poznałam ich pieśni, gwarę i zwyczaje. Wrosłam w ten region. Umiejętności i wiedzę jaką przekazała mi pani Maria Kozłowa, wykorzystuję do dziś i przekazuję ją innym. 

Jan Słomka – wójt Dzikowa

              W Tarnobrzegu na Placu Antoniego Surowieckiego, niedaleko magistratu, stoi ławka. Siedzi na niej ubrany w tradycyjny strój, sam wójt Dzikowa z przełomu XIX i XX w., autor ,,Pamiętników Włościanina” – Jan Słomka. Na tej ławeczce, można usiąść, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Miejsce to jest niewątpliwie atrakcją turystyczną, zwłaszcza dla ludzi, którzy interesują się historią, dawną kulturą, zwyczajami i zdają sobie sprawę z tego, jak cennym źródłem wiedzy są ,,Pamiętniki Włościanina”. Książka ta, to osobiste świadectwo zwykłego człowieka, obywatela, głowy rodziny, chrześcijanina, społecznika, a przede wszystkim bystrego obserwatora. Dowiadujemy się z niej o zwyczajach, obrzędach i przemianach wsi lasowiackiej. Ukazuje nam wiele sfer życia, włącznie z opisami  zrywów narodowych.

Rękodzieło pani Teresy Zych

              Pani Teresa Zych jest mieszkanką wsi Cygany w Gminie Nowa Dęba. Od kilku lat zajmuje się rękodziełem. Na różne doroczne święta, przygotowuje rozmaite przedmioty dekoracyjne. Najwięcej tworzy przed Świętami Bożego Narodzenia i przed Wielkanocą. Swoimi wytworami obdarowuje najbliższych i znajomych. Domownicy cieszą się, że nie muszą wymyślać dekoracji, bo mają ich zawsze pod dostatkiem. Jak mówi, zajęcie to daje jej wiele radości i satysfakcji. Panią Zych odwiedziłam tuż przed Niedzielą Palmową, dlatego mogłam zachwycać się przede wszystkim palmami osobliwej urody. Nie zabrakło też jajek ozdobionych współczesnymi technikami, koszyczków robionych na szydełku i koszyków wykonanych z witek wierzby. Te ostatnie, jak się dowiedziałam robi mąż pani Teresy, Franciszek Zych. Wykonuje je z wierzby, bo w pobliżu nie ma nigdzie wikliny. Pani Teresa każdy koszyczek pięknie ozdabia szytymi przez siebie serwetkami. Jeden z nich przyozdobiony jest kłosami, jak mi wyjaśniła, przyozdobiła go tak na dożynki. Pokazała mi też jeden z wianuszków, jakie przygotowała latem dla dziewcząt asystujących przy wieńcu dożynkowym. Zarówno wspomniane wianki, jak  i palmy, uwite są z naturalnych materiałów, bo jak mówi artystka, natura jest tak piękna, że szkoda ją szpecić sztucznymi dodatkami. Swoje kompozycje umiejętnie różnicuje jedynie formą i odcieniami zasuszonych roślin. Wykorzystuje do nich przede wszystkim różnego rodzaju trawy zbierane z pobliskich łąk, zboża i len, który sama specjalnie  w tym celu wysiewa. Podstawowym składnikiem palm jest trzcina, tradycyjnie używa też bukszpanu i gałązek z wierzby. Pani Teresa materiały na palmy gromadzi prawie przez cały rok, bo każda roślina musi być zebrana w odpowiednim czasie i zasuszona we właściwych warunkach, po to, by zachowała pożądaną barwę i formę. Palmy przyozdabia kwiatkami z kolorowej krepiny, które również sama wykonuje. Każda z nich jest inna, ale charakterystyczna dla twórczości tej artystki, po prostu dobrze skomponowana, estetyczna i piękna.

Materiały na palmy

Palmy

Ozdoby 

Koszyczki

Wianuszek na głowę. Pozuje Natalka, wnuczka artystki.

Krzyż błagalny w Cyganach

                  Tak pani Maria Piwińska opisała historię jednego z krzyżów znajdujących się w Cyganach. Zamieszczone zdjęcie przedstawia pracę plastyczną z 2010 r., zgłoszoną przez uczennicę miejscowej szkoły – Klaudię Walską, na konkurs plastyczny ,,Osobliwości mojej miejscowości”.

        Legendarny błagalny krzyż w Cyganach. Świadek historii. Krzyże i kapliczki przydrożne to obecnie pomniki kultury sakralnej. Żaden z nich nie powstał przypadkowo, każdy do czegoś nawołuje, przypomina o konkretnym zdarzeniu. Był rok 1920 (może 1924) i bardzo mokre lato. Ludzie mówili, leje i leje niemiłosiernie jak z cebra. Niektórzy stracili już nadzieję, czy zza czarnych chmur wyjrzy jeszcze oczekiwane złociste, życiodajne słońce. Krajobraz wioski przypominał miejsce opuszczone przez ludzi i Boga. Drogi błotniste nieprzejezdne, rowy przydrożne i pola pełne wody. Łany zbóż czerniejące, a zagony ziemniaków zatopione. Łąki przypominały błyszczące lustra wody, w których przeglądały się gdzieniegdzie wystające łodygi tymotki lub kostrzewy. Lud pracowity i bogobojny wierzył głęboko, że wioskę nawiedza potop. Modlono się żarliwie prosząc Boga o zmianę pogody. Co niektórzy głośno zawodzili o czekającym ich głodzie i niedostatku. Martwiono się, że krowy żywicielki rodzin, zostaną bez siana, a konie znajdujące się u bogatszych gospodarzy bez obroku.W piaszczystej części wioski w dzielnicy zwanej Piaski, mieszkała majętna rodzina. W ich gospodarstwie pracowali okoliczni chłopi za strawę i płody rolne. Babka Katarzyna nikomu nie szczędziła pomocy i jadła. Pewnego dnia ze znajomymi kumami uradziła, że nadeszła pora, żeby postawić błagalny krzyż przydrożny. Chłopi wyciosali i zbili nieozdobiony, wysoki krzyż, na którym zawiesili krucyfiks. Uradzono, że krzyż stanie wśród pól, przy drodze na niewielkim wzniesieniu niezatopionym przez wodę.W niedzielę po sumie wyruszyła błagalna procesja z krzyżem na ramionach. Pogoda dla pielgrzymów była niełaskawa. Szli w strugach ulewnego deszczu, przemoczeni do ostatniej suchej nitki, boso po błocie i wodzie. Niestraszna im była ta droga , bo serca wypełnione były nadzieją i wiarą na lepsze jutro. Ludzie wierzyli mocno, że Bóg Miłosierny zmieni fatalną pogodę. Nadszedł kres ich wędrówki, krzyż wkopano wśród pól obsianych zbożem w Granicach. Zaczęto się żarliwie modlić. Jedni modlili się głośno inni w ciszy, ale wszyscy w skupieniu zanosili żarliwe prośby do Jezusa i jego Matki. Deszcz lekko zmalał. Krzyż odwiedzano i składano przy nim swoje modlitwy i prośby, które zostały wysłuchane. Zza chmur wyjrzało życiodajne słońce. W ludzi wstąpiła otucha i nadzieja na lepsze dni bez głodu i chłodu. Krzyż wśród pól nie stał samotny. Z opowiadań ojca wiem, że szeptane przy nim prośby zawsze zostały wysłuchane. Pod tym przydrożnym krzyżem jeszcze w latach 60 XX w. odbywały się majówki i procesje na Boże Ciało. Dziś rzadki przechodzeń zdejmie przed nim czapkę , schyli głowę i wykona znak krzyża. Dziś tamtego krzyża już nie ma . Czas odbił na nim swoje piętno. Bo tak już w życiu jest, krzyż zestarzał się jak i starzeją się i umierają kolejne pokolenia mieszkańców.Postawiono nowy, ubito cementową posadzkę i ogrodzono metalowym płotkiem. Może jest ładniejszy, ale jakiś taki smutny i samotny. Uparcie rośnie przy nim drzewo, otaczając go latem woalką zielonych liści. Nikt się przy nim nie modli, nie śpiewa pieśni maryjnych, nie zanosi do stwórcy swoich próśb i błagań. Babcia Katarzyna, która wychowała dwóch wnuków Franciszka i Władysława gdzieś tam w niebiosach cieszyła się, że wnuki, sieroty których wychowała dbały o ten historyczny przydrożny krzyż. Ten krzyż jest świadectwem kultury materialnej i duchowej świadczy, że mieszkają tu chrześcijanie. Tu przy tym krzyżu wiara naszych przodków, modlitwa ojców i matek przyniosła nadzieję na lepsze jutro.
Opracowano na podstawie zapisków i rozmów z moim ojcem, świadkiem historii, który zmarł w 97 roku swojego życia.
                                                                                                  Maria Piwińska

III Powiatowy Przegląd Twórczości Nauczycieli

                 ,,Życie ma tak wiele barw”– pod takim pięknym hasłem w Bibliotece Pedagogicznej w Tarnobrzegu, już po raz trzeci zorganizowano wystawę prac nauczycieli z Tarnobrzega i Powiatu Tarnobrzeskiego. Ekspozycja zawiera dzieła z różnych dziedzin, najwięcej jest prac malarskich, można też podziwiać rzeźby, rękodzieło, a nawet opracowania literackie.  W sumie swoje dzieła zaprezentowało 29 artystów.  Na mnie największe wrażenie zrobiły obrazy malowane akrylem, zwłaszcza  jeden pt. ,,Portret siostry”, których autorką jest Kinga Roszuk.  Wystawę można oglądać do końca marca.

 

Archiwizacji cd.

         Postanowiłam, że w tym roku uporządkuję moje domowe archiwum dotyczące kultury lasowiackiej i utrwalę co się da, poprzez ich publikację. Tak też stopniowo czynię. Dzisiaj dokopałam się do tekstów pieśni przekazanych mi przez panią Marię Kozłową. Wiele z nich pani Kozłowa przepisywała dla mnie własnoręcznie po to, żebym podczas spotkania z nią, nie musiała tracić czasu na pisanie. Muszę tu wspomnieć, że charakter pisma miała piękny jak mało kto. Dzisiaj w dobie komputerów, nie przywiązuje się takiej uwagi do kaligrafii. Kiedy odwiedzałam panią Kozłową, czekały na mnie przygotowane teksty, wycinanki, albo kwiaty z bibuły. Nigdy nie wracałam do domu z pustymi rękoma.  Za jej namową, te dawne pieśni zaczęłam wprowadzać do pacy z zespołami, które wtedy prowadziłam, chodzi o Zespół Cyganianki i Dziecięcy Zespół Rutka. Jeździliśmy z tym repertuarem na przeglądy, zdobywając liczne nagrody. Zespół Cyganianki do dziś w swoim repertuarze ma wiele  utworów i scenariuszy, z początków działalności zespołu. Panią Kozłową znałam kilka lat. Postrzegałam ją jako osobę bardzo otwartą, serdeczną. Chętnie dzieliła się swoją wiedzą i życiowym dorobkiem. Zależało jej, by kultura Lasowiaków przetrwała. Wiem też, że ogromnie ceniła sobie taką wartość jak – prawda. Dlatego tak często wspominam tą artystkę i podkreślam jej zasługi w krzewieniu kultury regionalnej. Wracając do moich odzyskanych zbiorów, z wielkim sentymentem przeglądam te zapiski, bo w 2010 roku, podczas wielkiej powodzi, uległy całkowitemu zatopieniu. Odzyskałam je dzięki  mojej koleżance Krystynie Łącz, która z poświęceniem odszukała je w stosach zalanych książek, a później wysuszyła. Wiedziała, że na niczym wówczas tak mi nie zależało, jak właśnie na tych bezcennych zbiorach. I chociaż kartki są poplamione błotem, a w niektórych miejscach litery się rozmyły, przechowuję je jako cenne pamiątki. Dzisiaj  na nowo spisuję słowa bardzo starych pieśni, odtwarzam już zapomniane melodie. Mam  spisanych kilkadziesiąt takich perełek. Następny etap archiwizowania to odszukanie i przegląd nagrań audio i video, zarejestrowanych podczas spotkań z Marią Kozłową. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła je udostępnić  innym.

Na zdjęciach –  pani Maria Kozłowa podczas uczenia mnie swoich piosenek. 

Strój lasowiacki

 

,,Ni mom nic, ni mom nic, ino magierecke

lypowe chodoki, lniano kamzielecke.”

             Utwór ,,Ni mom nic” pochodzi z repertuaru Marii Kozłowej – przekazany Zofii Dabrowskiej w 1995 r.  Nagrany (na żywo) w 2006 r. Gra Kapela Ludowa z Gorzyc w składzie: Zofia Sędyka (Dąbrowska) i Barbara Pikus-wokal, Marian Gortych – akordeon, Stanisław Śpiewak – akordeon, wokal, Andrzej Czajka – kontrabas, wokal, Zbigniew Ziara – skrzypce, Wojciech Skawiński – klarnet 1, Paweł Spiralewicz – klarnet 2, Eugeniusz Glac – bęben.

 

            Lasowiacy jak każda grupa etnograficzna, mieli swoje charakterystyczne stroje. Na całym obszarze regionu lasowiackiego męskie stroje niewiele od siebie się różniły, ale kobiece były dość wyraźnie zróżnicowane, dlatego wyróżnia się trzy podregiony kostiumologiczne: grębowsko – tarnobrzeski, raniżowsko – kolbuszowski i leżajski. W tych podregionach stroje różnią się  od siebie szczegółami np. wzorami haftów, kolorystyką czy nazewnictwem. Stroje Lasowiaków wywodzą się od munduru piechoty łanowej, w której służyło wielu chłopów zamieszkujących tereny puszczy, bowiem większość wsi z tego terenu należało do króla. Świadczą o tym sukmany, które Lasowiacy szyli z błękitnego, samodziałowego sukna w barwach piechoty łanowej, dopiero później weszły sukmany brązowe. We wsi Cygany nazywano je ,,kamzielami”,  i szyto je z szarego  płótna. Na wzór mundurów szyte były też tzw. ,,sukmanki” kobiece, nazywane też ,,płócienkami” – siwe, a w niektórych wsiach też niebieskie, podbijane czerwonym suknem.  Reszta ubiorów była bardzo skromna, szyta z płótna lnianego i konopnego, które Lasowiacy sami tkali. Mężczyźni nosili długi, prawie do kolan sięgające koszule ze słabo wybielonego płótna, wypuszczane na spodnie. Niektórzy przepasywali je pasem. Krój koszule miały prosty.  Przy oszewce były marszczone, z niewielkim kołnierzykiem, który  związywany był z przodu czerwoną tasiemką. Jako nakrycie głowy mieli czapki o ciekawej formie w kolorze sukmany, zwane „magierkami”, a latem słomiane kapelusze. Całość męskiego stroju uzupełniała kalyta, czyli torba ze skóry, na rzemieniu, noszona na skos z ramienia na biodro.

,,Łoj lesie ty nas lesie w tobie dola nasa.

Łoj magierka na głowie, kalyta  łu pasa.”

(Fragment piosenki poznanej od p. Marii Kozłowej ok.1994 r.)

Strój kobiecy składał się z koszuli, spódnicy, zapaski i chustki. Spódnice nazywano też fartuchami, były one dość długie i mocno marszczone, sięgały kostek.  Szyto je z czterech tzw. ,,półek” materiału. Bo jak mawiano, ,,baba to musiała być tako suto gospodyni”. Zapięcie, a właściwie to wiązanie spódnicy, zawsze było z przodu i przykrywała go zapaska. Zapaska była szyta z dwóch pólek płótna i była nieco krótsza od spódnicy. Koszule i zapaski były bogato haftowane. Na spódnicach haftowano tylko samym dołem, przeważnie były to proste ściegi w formie pasków. W okolicy Tarnobrzega obowiązywały trzy kolory haftów: najstarsze kobiety miały hafty koloru czarnego, młodsze koloru brązowego, a panny koloru czerwonego. W innych podregionach modne były też hafty w kolorze białym i szarym, a nawet tzw. hafty angielskie.  Kobiety w Cyganach, jako okrycie wierzchnie zakładały „łoktuski” narzucane na plecy, były to duże płócienne, a w późniejszym czasie wełniane chusty złożone po przekątnej. Na początku XX wieku zamożniejsze panienki swoje odświętne stroje wzbogacały o serdaki, przeważnie w kolorze czerwonym. Jak mi opowiadała pani Maria Kozłowa, moda ta napływała z Krakowa. Dodać trzeba, że strój kobiecy uzupełniały  prawdziwe korale, ilość sznurów korali zależała od zamożności. Podobno jeden sznur prawdziwych korali, przed wojną, kosztował tyle co jedna krowa. Mężatki na głowie nosiły lniane chustki, dosyć dużych rozmiarów, które wiązały nad czołem w charakterystyczny supeł. Rogi tych chustek były pięknie haftowane. Zimową porą co zamożniejsi gospodarze ubierali kożuchy. Z opowieści p. Marii Kozłowej jak i mieszkańców wsi Cygany i Chmielowa,  wiem że najdłużej stroje regionalne można było znaleźć we wsi Cygany. Mnie osobiście pod koniec lat dziewięćdziesiątych, przekazano pięknie haftowaną koszulę kobiecą, a mojemu mężowi ,,kamzielę” męską z płótna, ręcznie szytą. Koszulę przekazała pani Zofia Urbaniak, a ,,kamzielę” pan Wojciech Janusz, oboje z Cyganów. Obecnie, obie te rzeczy stanowią eksponaty w Izbie Regionalnej im. Marii Kozłowej we wspomnianej miejscowości. Latem Lasowiacy przeważnie chodzili boso, jak się zrobiło zimno nosili chodaki, najstarsi moi rozmówcy twierdzili, że były to buty drewniane, inni mówili, że nogi obwiązywało się płatem skóry, który na nodze się dopasowywał do kształtu stopy. Co bogatsi mieli buty skórzane. Jako ciekawostkę podam, że oba buty robiono jednakowe i też dopiero na nodze przybierały odpowiedni kształt tzn. prawy lub lewy. Zdaję sobie sprawę z tego, że tematu nie wyczerpałam, a jedynie ogólnie zarysowałam. Treści jakie zawarłam w powyższym tekście, to wiedza jaką zdobyłam na podstawie rozmów z mieszkańcami północnej części Regionu Lasowiackiego i własnej obserwacji.

Zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego archiwum, przedstawiają członków Zespołu Cyganianki  z Cyganów i panie z Zespołu Obrzędowego Lasowiaczki z Baranowa Sandomierskiego. Przedstawione hafty wyszyte są według wzoru przekazanego mi przez Marię Kozłową i zdobią mój strój regionalny.

Dawni muzykanci z okolic Tarnobrzega

,,Wydłubał  se Waluś skrzypecki cygankiem. 

Wygrywa na progu wiecorem i rankiem.

Dzirmolył, dzirmolył jaze sie nałucył

ji tero sie bedzie po weselach włócył”.

(To fragment piosenki  ułożonej przez Marię Kozłową, przekazanej mi w roku 1993.)

           Dla Lasowiaków muzyka była bardzo ważna. Jeszcze do lat sześćdziesiątych XX w. można było spotkać kapele składające się z basów, skrzypiec i bębenka. Później zaczęto wprowadzać inne instrumenty takie jak klarnet, akordeon, czy trąbkę. Zawsze jednak szczególną rolę odgrywały tutaj skrzypce. Skrzypkowie cieszyli się ogromnym uznaniem, bo byli najważniejszymi muzykantami w każdej kapeli. Zdolny skrzypek potrafił wygrać tak niesamowite dźwięki, że niektórzy posądzali go o zmowę z nieczystymi siłami. Dawniej  na terenie obecnego powiatu tarnobrzeskiego było wielu świetnych skrzypków. Takich znakomitych skrzypków znałam osobiście i nawet miałam zaszczyt występować w ich towarzystwie. Mam na myśli pana Stanisława Bielę, który mieszkał w Nowej Dębie i pana Stefana Jurka z Jamnicy. Ogromnie ceniłam ich umiejętności gry na skrzypcach. Podobno w Cyganach żył kiedyś bardzo zdolny skrzypek o imieniu Szczepan, świadczą o tym materiały archiwalne, spisane przez Marię Kozłową z dawnego Machowa, opublikowane przez Muzeum Etnograficzne w Rzeszowie. We wspomnianych materiałach znajdują się też zapiski dotyczące takich grajków jak Paweł Kalinka  grający na fujarce, pochodzący ze Stalów, skrzypek z Ciosów (dzisiejsza Alfredówka), Jontek z Maziarni,  Kasper Tyniec z Nagnajowa, czy skrzypek Franuś z Machowa. Podczas badań terenowych słyszałam też o licznych muzykantach z terenów Gminy Grębów. Wspominano takie nazwiska jak Jan Dul, czy Adam Mróz, którzy grali na skrzypkach.

          A to nagranie, to dowód na to, że muzyka ludowa jest ciągle żywa i dopasowywana jest do danej sytuacji i miejsca. Śpiewając w  Kapeli Ludowej w Gorzycach, starałam się  wprowadzać repertuar  Marii Kozłowej, jednak nie wszystkie piosenki nadają się do tego, by  wykonywać je z towarzyszeniem instrumentów. Ta piosenka spodobała się kolegom, dlatego  ułożyli jeszcze dwie  zwrotki, trzy pierwsze są autorstwa Marii Kozłowej.

Nagranie na żywo, 2006 r. Gra Kapela Ludowa z Gorzyc w składzie: Zofia Dąbrowska (Sędyka) i Barbara Pikus-wokal, Marian Gortych – akordeon, Stanisław Śpiewak – akordeon, wokal, Andrzej Czajka – kontrabas, wokal,  Wojciech Skawiński – klarnet 1, Mirosław Skawiński – klarnet 2, Eugeniusz Glac – bęben.

 

Na zdjęciu grupowym, oprócz wspomnianego wcześniej pana Bieli widzimy drugiego wspaniałego muzyka, trębacza pana Henryka Trzaskę z Nagnajowa i śpiewaczkę panią Marię Ordon z Cyganów.  Zdjęcie wykonano w 2000 r. w Rzeszowie. Na zdjęciu pod tekstem skrzypek, pan Stefan Jurek z Jamnicy. Zdjęcie wykonano w 2008 r. w Jeżowem. Oba zdjęcia pochodzą z mojego archiwum.